Poprawić psychikę

Dziza Sierpień 21, 2006 Możliwość komentowania Poprawić psychikę została wyłączona

lozano

Od lat mówi się, że mamy drużynę na miarę klasy światowej, której do osiągania sukcesów brakuje naprawdę niewiele: korekty drobnych szczegółów, wyeliminowania błędów niemal niezauważalnych dla oka przeciętnego widza. Tegoroczna edycja Ligi Światowej pokazuje, że wykorzenić pewnych nawyków nie sposób, a sny o potędze odłożyć trzeba na lepsze czasy.

Receptą na sukces męskiej siatkówki miało być zatrudnienie w roli selekcjonera szkoleniowca z zagranicy, z innowacyjnymi pomysłami, twardą ręką i zimną głową. Wianuszek rodzimych trenerów, z Mazurem, Boskiem i Wspaniałym próbował, ale, mimo pojedynczych sukcesów, celu głównego, a więc zdobycia medalu na międzynarodowej imprezie rangi mistrzowskiej, zdobyć mu się nie udało. Grono kolejnych kandydatów wykruszało się w zastraszającym tempie, działacze związkowi nie mieli więc innego wyjścia i podjęli bezprecedensową decyzję: zatrudnili zagranicznego fachowca. Po długich i żmudnych negocjacjach podpisano kontrakt z Argentyńczykiem Raulem Lozano, mimo, że jednym z konkurentów był znakomity Serb Zoran Gaić, który swoich rodaków doprowadził do największych triumfów, z wygraniem turnieju olimpijskiego włącznie (ostatecznie znalazł zatrudnienie w reprezentacji Rosji). Wszystko miało się odmienić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki: zespół miał grać efektownie, a przede wszystkim efektywnie, przebojem zadomowić się w światowej czołówce i demolować kolejnych przeciwników. Jak to zwykle w Polsce bywa, ambitne plany trzeba było już po kilku miesiącach weryfikować.

Lozano nie miał wielkiego pola manewru, musiał postawić na wypróbowanych już wcześniej zawodników z tej prostej przyczyny, że lepszych w kraju nie ma. Sam też raczej nie wejdzie na boisko, żeby poprawić rażące w grze mankamenty, nie tylko z racji swego słusznego wzrostu, ale przede wszystkim dlatego, że inna jest jego rola w zespole. Ma na swoich podopiecznych wpłynąć słowem, gestem, czynem, żeby zmobilizować ich w odpowiednim momencie, podpowiedzieć, co wymaga poprawy, a co dopracowania. A poprawy wymaga w grze naszej narodowej drużyny to samo, co przez kilka ostatnich lat – reprezentanci nie potrafią przełamać strachu wobec najsilniejszych.

Argentyńczykowi udało się w swojej dotychczasowej pracy wiele zmodyfikować: kadrze nie przytrafiają się już niewytłumaczalne przestoje w grze, podczas których potrafiła seryjnie tracić po kilka punktów z rzędu, zawodnicy nauczyli się odpowiednio mobilizować na przeciwników teoretycznie słabszych i zazwyczaj nie mają problemów z ich pokonaniem, umieją rozstrzygać na swoją korzyść nerwowe i wyrównane końcówki setów z zespołami o podobnych możliwościach, a nawet notowanych w światowym rankingu ciut wyżej (jak Stany Zjednoczone).

Praca Lozano na pewno nie poszła na marne. Świadczy o tym choćby liczba zwycięstw w tegorocznej edycji Ligi Światowej. Podobnie jak rok temu, Polakom udało się wygrać 9 z 12 meczów, mimo tego, nie wystarczyło to do zajęcia pierwszego miejsca w grupie, premiowanego awansem do turnieju finałowego. A wszystko dlatego, że okazaliśmy się zbyt słabi, zbyt bojaźliwi w konfrontacji z reprezentacją Serbii. I właśnie tu kryje się główny problem zespołu, który nie pozwala mu na wspięcie się na absolutny szczyt męskiego wydania siatkówki. Ta drużyna nie potrafi wygrywać z najlepszymi, a jeśli już, to udaje jej się to w meczach, które mają niewielkie znaczenie. Sztuką zaś jest przegrywać mecze nieistotne, ale z batalii najważniejszych wychodzić zwycięsko. Tego zaś jeszcze Argentyńczyk swoich podopiecznych nie nauczył.
Są na świecie reprezentacje o niebo od nas mocniejsze (Brazylia, Rosja, Włochy, Serbia), o zbliżonym potencjale (Francja, Kuba, Holandia, Stany Zjednoczone, Argentyna, Bułgaria) i zdecydowanie słabsze (cała reszta). Żeby zwyciężać w najważniejszych turniejach, trzeba wznieść się na wyżyny swoich możliwości w meczach z najlepszą czwórką, resztę zaś odprawiać z kwitkiem obowiązkowo. W pojedynczych spotkaniach Polacy udowadniają, że mogą stać się siłą, której nie zatrzyma ani brazylijska fantazja, ani rosyjska solidność, ani włoski spryt, ani serbskie doświadczenie. Czy tylko sferą marzeń kibiców jest przekucie pojedynczych zwycięstw w pasmo triumfów? Odpowiedź już niedługo, wszak w listopadzie najważniejsza impreza sezonu i prawdziwy egzamin dla Wlazłego i spółki – Mistrzostwa Świata w Japonii.

Lozano może z optymizmem patrzeć w przyszłość, bo wykonawców na poszczególnych pozycjach ma naprawdę znakomitych. Wlazły to jeden z najlepszych atakujących świata, do środkowych bloku też nie można mieć większych zastrzeżeń, jeśli Zagumnemu wyjdzie mecz, rozgrywa jak za najlepszych lat występów z włoskich parkietów, w pełnej dyspozycji zdrowotnej nie do zatrzymania dla rywali są niezniszczalny w kadrze Murek i Świderski, a Ignaczak potrafi w obronie wyczyniać prawdziwe cuda, podnosząc „z ziemi” najbardziej nawet beznadziejne piłki. Trzeba tylko (tylko i aż) zmontować z tego kolektyw, który nie przestraszy się przeciwnika i nie będzie wychodził na parkiet z myślą, że spotkanie przegrane zostało w szatni. Zadanie ciężkie, bo głowy zawodników zmienia się najtrudniej, ale nie niewykonalne. Selekcjoner ma na to sporo czasu, udało mu się dojść do porozumienia z siatkarską centralą i rozgrywki ligowe zostały znacznie przesunięte na późniejszy termin. Wszystko podporządkowano reprezentacji. I dobrze, bo to przecież nasze dobro narodowe, a w żadnej dyscyplinie zespołowej nie jesteśmy tak blisko światowej czołówki. Szkoda byłoby po raz kolejny zmarnować tą szansę.

Comments are closed.